Jej, jej, jej...
Zacznijmy od formalności: jemioła jest tradycyjnie i naukowo uznanym surowcem cytotoksycznym i hamującym powstawanie nowych naczyń krwionośnych, w domyśle tych, które troskliwie karmią guza. Wiadomo, że, aby uzyskać ten efekt, składniki jemioły muszą mieć kontakt z guzem, stad pomysł podania preparatu z jemioły w zastrzyku może mieć sens.
Ampułki z lekiem do wstrzyknięć muszą być robione w porządny sposób, chociażby dlatego, by nie powstało zakażenie, co by mogło spowodować poważne straty u producentów po skazujących wyrokach sądów. Dlatego to oznacza, że lek nie może zaszkodzić. Ponieważ lek z jemioły Iscador jest od lat produkowany, to znaczy, że zbyt jest, jakaś skuteczność jest, a skandali szczególnych nie było, by aż zamknąć produkcję.
To nie są homeopatyczne granulki, czy kropelki, które leczą nie substancją, ale wspomnieniem po wspomnieniu po substancji, czyli merytorycznie nie mają prawa zaszkodzić. No, bo jakim cudem 1ppm (D3) arszeniku może zaszkodzić? Niemożliwe.
W onkologii efekty terapeutyczne są bardzo zmienne, niezależnie od wyznawanej ideologii. Im bliżej magicznej liczby 14-15% skuteczności, tym bliżej do efektu placebo, uzdrowień, samoistnych remisji, czyli mobilizacji układu odpornościowego, co jest bardzo nienaukowe, bo ciągle nie wiemy, dlaczego tak się dzieje, dlaczego element psychiczny może być decydujący o życiu lub śmierci.
***
Mam znajomego Norwega, który ma raka w mózgu, miesięczny koszt jego leków to 100 tys koron norweskich, czyli ok 40 tys złotych. Państwo refunduje ten lek tak, że człowiek płaci tylko 5 tys koron, czyli ok 2 tys złotych miesięcznie. To jest gigantyczna kasa dla producentów, to spokojnie może zakłócać rzetelność i koszty badań klinicznych.
Właśnie w tym dziale podlinkowałam artykuł satyryczny o typowym badaniu naukowym zaprawionym stosownym bełkotem dającym niby naukowe wyniki.
http://rozanski.ch/forum/index.php?topic=6903.0Obśmiałam się przy nim dobrze, ale jak się myśli o różnych badaniach, ktorych dokładnego opisu się nie zna, ale na podstawie tytułu lub streszczenia są zaliczane do zestawu dowodów na coś, czyli na podstawie metaanalizy publikacji wyników badań, to się robi mniej śmiesznie.
Jakoś rok temu w Wikipedii zauważyłam, że pojawiło się "uniewinnienie" RoundUp-u od oskarżeń o rakotwórczość i inne "przestępstwa", za wyjątkiem działania drażniącego, chyba, aby ktoś nie zastosował go jako kosmetyku na twarz, właśnie na podstawie metaanalizy wyników publikacji.
Tak, jak demokracja ulega degeneracji, tak system badań naukowych degraduje się w poszukiwaniu kasy, punktów i publikacji. W końcu naukowiec też ma prawo żyć z własnej pracy, a czystej nauki raczej nikt nie sfinansuje w obecnych czasach.
Pozdrowienia :-)