Znajomy siedział miesiąc u jakiś zakonników (nie pamiętam których). Codziennie medytowali od 5-tej rano. Można? Można.
Sednem jest właśnie odławianie tego, co na sicie zostaje i całkowite rozpuszczanie. Większość ludzi nie dość, że nie rozpuszcza, to jeszcze maceruje, żeby użyć odpowiedniej nomenklatury.

Ważne jest, żeby stworzyć własne sito, a nie zakładać tego, które daje nam społeczeństwo, rodzice, szkoła i wszelkiej maści autorytety. Trzeba mieć jednak odwagę, by iść przez życie samodzielnie. Kierując się cudzymi przykazaniami (nomen omen), idziemy jak ślepcy, choć bardziej pasuje: marionetki.
Mnie zmuszano do wierzenia w Jahwe i chodzenia do kościoła, choć stało to w sprzeczności z wewnętrznymi przekonaniami, jednak uczyniono mi tak naprawdę przysługę, bo szybciej wyzwoliłem się z religijnych ram. Jakkolwiek łatwo nie było i nawet do teraz łapię się na myśleniu podszytym strachem przed mściwym bogiem, co to karze, bo taki miłosierny jest.

Medytacja pozwala na poznanie swojej prawdziwej, boskiej natury (fałszywą stwarza umysł), co prowadzi do wewnętrznej rewolucji i opuszczenia światopoglądowego więzienia. Nie wszystkim ta rewolucja jest na rękę (palcem wskazywał nie będę)

, dlatego szkoły rozwoju duchowego (nie lubię tego sformułowania), są niejednokrotnie szkalowane i przykleja im się łatkę sekt (manipulacyjne słowo wytrych, działające na podświadomość). Utworzono nawet ruch New Age, żeby prać ludziom mózgi, mieszać prawdę z fikcją i wszystko, co prowadzi do przebudzenia wrzucać do tego worka. W ten sposób łatwo dyskredytować cokolwiek i kogokolwiek. Moja mam ćwiczy tai-chi i była w pewnym momencie pełna obaw, bo jej zaprogramowana religijnie świadomość zaczęła się bać po tym, jak kilka osób powiedziało jej, że "To TajCi pani, to sekta jaka jezd".

I nieważne, że zdrowieje i czuje się coraz lepiej, bo pewnie to sprawka Lucka, he, he...