Ładnych parę lat temu miałam szczura, taki ogoniasty, błękitny domownik. Mała przeziębiła się i poważnie rozchorowała - wizyty u weta, zastrzyki, kolejne antybiotyki nic nie dały, robiło się coraz gorzej, biedne ciurowe nie mogło normalnie oddychać, dusiła się co chwilę, przestała jeść i sierść zaczęła jej strasznie wychodzić. Pamiętam jeszcze słowa znajomych, że z niej to już nic nie będzie i na pewno zdechnie. Dosłownie w ostatnim momencie zaaplikowałam jej na siłę do pyszczka kilka kropel nalewki z nasturcji i co parę godzin to wkraplanie powtarzałam. Następnego dnia szczur po prostu fruwał, tak ją energia rozpierała, dorwała się do jedzenia, a duszenie ustąpiło. Po 2 dniach po przeziębieniu nie było śladu. Anioł musiał mi ten pomysł podsunąć, cudem ją uratowałam. To było naprawdę efektowne uzdrowienie.