Zimowe zbiory to moje ulubione. Zimno, trzeba się skupić i raz dwa nazbierać, co potrzebne. A u mnie potrzeby zawsze ogromne, do eksperymentów. mam więc lutowe
-mega zapasy psianki (zbierałam je na zamarzniętych bagnach, cudne miejsce, łyżwy i te sprawy, herbatka wierzbowa z samowara - mam film na instagramie)
-gałązki wierzby kruchej, to ta żółta o tej porze
-gałązki z szyszkami i pączkami olchy (mega zapas, do wszelkich szamponów i kosmetyków dla cery łojotokowej, mydeł, do picia)
-gałązki topoli osiki
-leszczyny z kwiatami
-klonów garść całą (gałązki klonu to taki jakby żywokost, mają dużo alantoiny)
-brzozy (korci mnie nastawić indiański ocet z pączków brzozy)
-sosny igliwie
-gałązki modrzewia ( w drewnie modrzewia jest galaktoarabinian, składnik kosmetyczny do szamponów i kremów, a także dla podniesienia odporności. Napar z szyszek/drewna modrzewia jest smaczny, a nawet słodkawy - dla porównania z szyszek sosny jest gorzki)
-żywica sosnowa i świerkowa
do nazbierania w ten weekend
pączki topoli balsamicznej, lipy i kasztanowca
gałązki kaliny na napary, bo coś czuję, że niebawem czeka mnie trochę stresu
oby mróz nie wrócił, bo te pączki są mi naprawdę potrzebne (dydaktycznie, wewnętrznie i zewnętrznie).