"Pryszcz" już zaleczony, została jeszcze mała "dziurka" po tym wielkim kleszczu z sierpnia - takie długo się goją, ale nic się nie babrze na szczęście.
Ja prewencyjnie po tamtym "pamiętnym pokąsaniu" strzeliłem sobie kilka terapii nalewkowych trwających po ok. 2 tygodnie, były to różne mieszanki zawierające wyciągi z wrotyczu, pączków topoli (kwiatowych), rdestowca, żeńszenia, arcydzięgla, psianki, omanu... Do tego brałem liść oliwny (suchy ekstrakt ze Swanssona). Nie była to wyłącznie prewencja, bo jednocześnie brały mnie jakieś wirusówki - no i chciałem sobie nieco podbić odporność.
Na zaognione okolice ukąszenia (stan zapalny, alergia bezpośrednio po ukąszeniu - nie był to rumień wędrujący) świetnie działał olej z czarnuszki, ulga była natychmiastowa. Maść rdestowcowa też dobra.
To już było pisane, ale warto podsumować - tym bardziej, że już w tym roku raczej kleszcze nas nie będą nękać. Rok ów więc - podsumowujemy

Może Cię coś z tego zainspiruje. Może pobierz mix nalewek z rdestowca i arcydzięgla przez 2-3 tygodnie i nasłuchuj efektu? Może dodaj do tego jakie saponiny? W sumie to lukrecja też je zawiera

Jeśli objawy przejdą, to dałbym sobie spokój z badaniami. Prątki Kocha wcale nie zanikły i idzie je wykryć u bardzo wielu ludzi - ale tylko nieliczni z nich zapadają na gruźlicę. Podobnie może być z tym krętkiem. Ja wątpię BARDZO, bym się w swoim żywocie przed kontaktem z nimi uchronił. Miałem dziesiątki kleszczy.