Dla mnie sprawa wygląda tak, że jeśli sprzedajesz własne (lub rodziny) wyroby, własnymi (lub rodziny) rękami, we własnym sklepie lub straganie, to jest to legalne bez kursów i certyfikatów, o ile sprzedajesz to jako żywność.
Możesz sprzedawać na przykład kwiat lipy jako kwiat lipy i kropka. Tak samo możesz sprzedawać słomę owsa jako słomę owsa czy suszoną wykę jako suszoną wykę i tak dalej. Nie obiecujesz własności leczniczych, nie masz (no, chyba, że masz?) certyfikatów. Możesz podać miejsce i datę zbioru lub wyrobu, musisz zaetykietować wyrób. Tak samo sprzedajesz swoje produkty w postaci mioteł, skarpet, domków dla ptaków, programów komputerowych czy jabłek. Formalnie sprzedaż zbiorów z własnej ziemi jest zwolniona od opodatkowania.
Formalnie do sprzedaży wyrobów alkoholowych trzeba mieć albo koncesję na sprzedaż albo wyszynk. Chyba już można kupić banderole na własny bimberek lub śliwowicę w niektórych regionach - ale nie jestem pewna, czy to już prawda, czy ciągle nasi władcy dookoła tego chodzą.
Jeśli nie przekroczysz minimalnych obrotów, to nie musisz mieć kasy fiskalnej, ale rejestr sprzedaży musisz mieć. Jeśli nie masz ziemi lub nie jesteś w KRUSie z innych powodów, to musisz nakarmić ZUS jeśli zechcesz mieć działalność gospodarczą.
Jeśli chcesz mieć sklep oficjalnie zielarski, wtedy musisz mieć kurs, na przykład taki internetowy z egzaminem w Międzyborowie. Obecnie nie ma stopni kursów - kurs musi mieć zakres spełniający wymagania. Jeśli chodzi o sprzedaż internetową, to teoretycznie można się upierać, że to nie jest sklep przy ulicy, ale lepiej jednak kurs mieć.
Jeśli jesteś z jakiegoś powodu "zagrożona" to pośredniak może kurs sfinansować w zamaian za jakiś cyrograf.
Pozdrowienia :-)