Wiele osób chwaliło mieszankę rdestowiec + kobylak + mydlnica (same korzenie). Żona odnotowała znaczną, nawet bardzo znaczną poprawę swego stanu, odporności itd. pijąc w 2012 roku mieszankę mydlnica + arnika + pokrzywa korzeń + jerba itd. autorstwa Doktora, następnie przechodząc kurację glistnikiem z solarenem. Obecnie bierze razem ze mną inrtakt rdestowcowy z wyciągiem lukrecjowym i solarenem (tak sobie wymyśliliśmy). Pomyślałem jednak, że warto by przesuszyć część tej mielonki rdestowcowej z zamrażalnika i zrobić "na zaś" jakąś fajną mieszankę do zaparzania (czy tam robienia odwaru). Wolałbym uniknąć zarówno korzenia szczawiu, który wymaga specjalnej ostrożności (a także picia dodatkowo ziół moczopędnych), jak i mydlnicy, która jest arcy-paskudna i drażniąca żołądek (żona żłopała półlitrowy kubek naparu z dwóch kopiatych łyżek i bolał ją nieraz po tym brzuch

Pomyślałem więc, że może zamiast mydlnicy i szczawiu dam np. lukrecję i rumianek? Albo któreś przydatne ziele wątrobowo-skórne, jak uczep i/lub przetacznik? Mamy jeszcze glistnika, korzeń arcydzięgla i pokrzywy także. Może kłącze ostryżu ale nie sproszkowane tylko po prostu rozdrobnione, żeby nie trzymało się dna słoika z mieszanką...
Może nawet sięgnąć po wrotycz - jako jeden z wielu składników mieszanki pitej przez 3 tygodnie, żeby zsumowana dawka nie była za wielka?
Macie jakieś ciekawe doświadczenia - albo choćby pomysły i koncepty?
Tak mi jakoś teraz wpadło do głowy: rdestowiec, lukrecja, przetacznik, uczep, rumianek, wrotycz, krwawnik, pokrzywa - w równych proporcjach, ew. rdestowca 2 cz. a reszta po 1 cz.
